Gmina Wodzierady

Święto Plonów - Dobków 2008

Starościna Pani Magdalena Łykowska


Widoczna to postać w rozwoju Dobkowa,
bowiem jako wzorzec trójkę dzieci chowa.
Ważniejsze są czyny niźli deklaracje –
Tu na tle starosty to ma słuszną rację.
Ma więc Magdalena widać to na względzie
Z nowej generacji wielki rozwój będzie.
Nie tylko na roli z ochotą pracuje,
Także z przyjemnością psom karmę gotuje.
I szczeka niejeden na rozdrożu psina
Jak dobrze gotuje jemu starościna.
Niech wiedzą mężczyźni i wszystkie kobiety
Dlaczego wciąż mają nasze psy apetyt.
W schroniskach  i budach żaden dzień nie minie
Bez  szczeków i hałchów o tej starościnie.


Starosta Pan Marcin Mistrzak

Dobra na Zalewie praca zarobkowa
Pomaga mu żyć na piaskach Dobkowa,
Od trudów na roli skrzywił już obojczyk,
Co mu nie przeszkadza być tam jako krojczy.
Tego nazewnictwa dzisiaj się unika
Kiedy się obmawia chłoporobotnika.
Dziś jest coraz więcej na wsi takiej nacji –
Trudno wyżyć z roli w naszej demokracji.
Czynny członek w akcji rozwoju Dobkowa,
Lecz na razie jak struś głowę w piasek chowa
I robi dywersję kawaler wiekowy,
A Dobków przez niego nie jest rozwojowy.
Dziś go stymulujemy bo może się boi
Nawet jako krojczy pannie „kurtę skroić”
Niech o tym pomyśli póki cera młoda
A nie wtedy jak „po Marcinie jagoda”.

Duet  Wójtowych

Nie wszyscy mieszkańcy jeszcze o tym wiecie
W naszej gminie wójtowe działają w duecie
Drugi rok panuje w Gminie Pierwsza Dama
Lecz od tego lata nie jest tutaj sama,
Zarządzeniem Wójta naszej Gminy mamy
Stanowisko wice – czyli Drugiej damy.
Tak przepadł odwieczny urząd sekretarza,
Który się we wielu ustrojach powtarzał
Był on za sanacji, także za komuny
I w kapitalizmie szarpał gminne struny.
Na tym stanowisku też już dama była,
Niedawno odeszła bo się narobiła.
Na szczęście wciąż mamy Przewodniczącego – 
W Gminnej Pospolitej jak pana Pierwszego.
Już jest niewiedzącym ta sprawa pojęta
Jak wygląda u nas Gminna Trójca Święta.


Gminny sezon ogórkowy

Sezon ogórkowy bywa imprezowy,
Także w naszej Gminie bez imprez nie minie,
Piętnastego sierpnia miały Kwiatkowice
Straży i Orkiestry okrągłe rocznice.
Dostarczyły wrażeń oraz wielu wzruszeń
Hucznie obchodzone te jubileusze.
Podwójnie solidnie tym razem oblane
Tradycyjnie trunkiem i przez  deszczu ścianę.
Druhowie są mocni lecz po dużej dawce
Już przy małym wietrze lecą jak latawce.
Gdyby nas nawiedził ten huragan wielki
To po naszych druhach przepadł by ślad wszelki
Na szczęście minęła nas straszna wichura,
Dachy pozostały więc na swoich murach,
Jednak prawdę mówiąc to się tam widziało,
Że też niejednego porządnie zawiało.
A w niektórych domach też w sobotę rano
Gromy i wichurę zaobserwowano.
Lecz jest w tych domostwach odbudowa krótka
Bo nie działa długo jak wiadomo wódka.
Premier też nie musi odwiedzać tych domów,
Tu się „odbudowę” czyni po kryjomu.
Lecz się raczej jawnie piwem zgliszcza gasi,
Można od Marianka albo od Danusi.
Dziś podsumowując sezon ogórkowy
Trzeba przyznać szczerze że był rozrywkowy
Dopełnieniem letniej pełnej uciech skrzynki
Niech będą radosne dzisiejsze Dożynki.
Zapewne impreza będzie znów udana
Z szacunku dla chleba i na chwałę Pana.

Koniec Lata

Świeca dopala się szczodrze
Choć już cienie długie znaczny,
Sierpień mówił jeszcze mądrze,
Ale wrzesień już majaczył.

Rzadko pędzą czarne strzały
Po niebiańskich chmurnych półkach,
Dawno wieści klekotały,
Że niedługo po jaskółkach.

Liść się jeszcze drzewa ima,
Lecz chłód dał mu upomnienie,
Że niedługo już wytrzyma
Gdy się znów wydłużą cienie.

Ptaków bisy nie realne
Dla słuchaczy z via Pointa,
Gdy popisy minimalne
Anemiczne „la prezenta”.

Wino z upalnych pucharów
Świadomości głów nie mąci,
Wulkan lipcowego żaru
We wspomnieniach myszką trąci.

Chociaż się nie równa z majem,
Nadal zachwyca urodą,
Dary zamiast kwiatów daje
Płonąc owocową odą.

Gdy się już z jesienią zbrata
Żal utraconego lata.


Chleb dożynkowy

Chlebie świąteczny, Chlebie Dożynkowy
Z szacunkiem przed tobą pochylając głowy
Do wspólnego spożycia wszystkich zapraszamy
Gdy pieśni pochwalne o tobie śpiewamy.

Słonym potem do smaku Chlebie przyprawiony
Na ogniu codziennych potrzeb upieczony,
Twój aromat i wystrój kolorów rumianych
Czczą z wielka miłością wszystkie ludzkie stany.

Tyś jest w głównej mierze z pracy rąk rolnika
Jednak postać twoja z innych też wynika.
Mechanik i młynarz w zgodnym korowodzie
Zaraz za rolnikiem idą dumnie w przodzie.

Gdy piekarz z czułością ciebie uformował
Pomyślał jak murarz piekarnię budował.
Kierowca dostarczył ten bochen owalny
By kucharz podzielił już produkt finalny.
Kapłan święcąc ciebie mówi pochwalony
Boś jest siłą niebios dla ludzi stworzony.

Niech muzyk utworzy symfonie do chleba,
Niechaj dźwięczą nuty od ziemi do nieba,
Polityk niech głosi o chlebie memoriał,
A poeta powie wdzięczne słowo….gloria!


Zwierzaki cudaki

Dziwny naród działkowicze
Dziwne mają też oblicza
I nie tylko ich zwierzaki
To też wielkie są cudaki.
Kocie persy czy angory,
Psy paskudne jak upiory
Do niczego nie pasują
I krajobraz na wsi psują.
Dla przykładu kot miastowy –
Taki nie idzie na łowy,
Tylko łazi gdzieś po dachach.
Na wsi to ma ciągle stracha,
Bo gdy myszka wyjrzy z dziurki
On dostaje gęsiej skórki.
Koszyczek ma do podróży,
Który mu wygodą służy,
I piaseczek też mieć musi.
Wie gdzie zrobić kupkę, siusiu.
I zwierzątko jest kąpane,
I futerko ma czesane,
Do miseczki wdzięcznie proszą
I jak z bożkiem się obnoszą.
Janek kota psem raz spłoszył,
Że się ten pod ziemię zaszył.
Od niedzieli do niedzieli
Żył biedak bez właścicieli.
Właściciele rozpaczali,
Dobrze że prawdy nie znali.

Przywiózł do mnie ktoś spaniela.
Była akurat niedziela.
Pies dzień cały kury gonił
I od kaczek też nie stronił.
Kiedy zachodziło słońce
Wreszcie pognał za zającem.
Zająć stanął zadumany,
Pies też stanął już zziajany
Zając ruszył, spaniel za nim.
Tak się kot wyżywał na nim,
Robiąc psu w ten sposób kawał,
Gdy on stawał pies też stawał,
Wreszcie poznał że miastowy,
Nie nadaje się na łowy
To się odwróciły role –
Zając psa wygonił w pole!

Poszczuł kiedyś pudla Franek,
Gdy wyszedł z Burkiem na ganek.
 - Łazi to to po wsi głupie,
Albo leży wciąż w chałupie,
Ni to pies ani to wydra,
Pokręcona jakaś hydra,
A pożytek z niego taki
Jak te przysłowiowe kłaki.
No i Burek zrobił swoje.
 - Dobre psisko wierne moje.
Ale z tego była draka.
Działkowiczów tłum wciąż gdakał,
A opinii było krocie.
Wreszcie rzekli „dożywocie”!
Franka za głupiego pudla
Wpakować chcieli do pudła.
Pies homonto jakieś nosił,
By swych ran sam nie tarmosił
I wyglądał on jak ufo 
Ze swą głupią pudlą kufą.
Do doktora psa wozili,
Psychologa się radzili
Jak pozbawić pudla stresu
Dla wspólnego interesu.

Franek jakoś się wywinął
Jako działacz we wsi słynął
A miejscowi oficjele
Z Wójtem – a jakże – na czele
Po cichu go popierali
I mu rozgrzeszenie dali.
Cichy nasz bohater Franek,
Oraz sąsiad jego Janek
Miastowych udobruchali
I swe psy już powiązali.
Dziś czekają końca lata
Prawie jak początku świata,
I nie tylko obaj oni
My się dołanczamy do nich.
Prawda od początku świata
Niech tak brzmi każdego lata –
Kot ma łapać myszy, szczury,
A nie nosić koafiury!
Pies ma bydło paść na łące
I polować na zające!